Tak. Stało się. Wreszcie.
Radosnym krokiem wybiegłem z TESCO, wskoczyłem czym prędzej do Czerwonej Błyskawicy i pędęm, za pomocą Połówki, pognałem do domu, pod ręką dzierżąc coś, co miało przysporzyć mi niesamowitych wrażeń tegoż wieczoru.
Oczywiście, oczywiście, nie ma tak lekko – najpierw trzeba wstawić do lodówki, bo ignoranci z TESCO nie wiedzą, jak należycie przechowywać ten artefakt. Tak więc, cztery buteleczki 0,33l wylądowały w lodówce, ja tymczasem zabrałem się za błogie nicnierobienie połączone z lenistwem.
Wreszcie, po dwu godzinach, nadszedł moment prawdy. Otwieram, psssyk.
Zapach… no cóż, da się wyczuć, że to nie taki znowu zwykły stout. Przykładam butelkę do ust – i pojawia się moment zawahania. A co, jeśli będzie to ta sama zawiesina, którą piłem w pubie, która miała być stuprocentowo irlandzka? Raz kozie śmierć, myślę sobie i łykam. Łykam, łykam… i już czuję.
Są takie momenty w życiu człowieka szarego jak papier toaletowy, że los pozwalam mu posmakować czegoś więcej. Odchyla przed nim rąbka, rzekłbym, tajemnicy. Nietrafione to porównanie – chodzi mi z grubsza o to, że czasami, przy czynności dla wielu być może najzwyklejszej, niektórzy ludzie osiągają stan uniesienia. Nie takiego zwykłego znowy uniesienia, bo z radością nie można tego porównać. To uniesienie wiąże się raczej z tym, że w tym jednym momencie, oczekiwania człowieka łączą się z rzeczywistością w jakiej się znalazł. I zaznaczyć trzeba, że są to momenty bardzo rzadkie. Te niesamowite chwile połączenia się bytu z nie-bytem są esencją tego, co nazywamy spełenieniem marzeń. Bo, choć tak naprawdę, marzymy tylko po to, aby dążyć do spełnienia, to te małe punkty zbiegu snów i jawy są swoistą marchewką na kiju – apetajzerem, dzięki któremu do tych największych marzeń dążymy z jeszcze większą zaciętością i zdecydowaniem.
Tym właśnie był pierwszy łyk Guinnessa, pierwszego Guinnessa w moim życiu (kosztowało mnie to 20, z górką, złotych… -_-’). Czego zatem oczekiwałem? Surowego, zdecydowanego smaku połączonego z wyraźną nutą melancholii i świeżości zarazem. Pijąc jakiegoś, Bóg wie skąd i jak warzonego, stouta w jednym z rybnickich pubów, zastanawiałem się, jak w ogóle można to pić. Zmusiłem się wtedy, myśląc, że przecież Guinness to też stout, a wychwalany pod niebiosa. Kiedy zauważyłem go na półce marketu, postanowiłem wreszcie skonfrontować wyobrażenia. Tym razem wyszło bardzo pozytywnie.
Kiedy jest się jednak dzieckiem i nie pije się alkoholu, to oglądając reklamy piwa i zachwycających się nim mężczyzn, wyobrażamy sobie jego niesamowity smak i pełnię nie do końca nam znanych aromatów. To, z czym mamy do czynienia podczas pierwszego łyku piwa, często znacznie odbiega od wyobrażeń o tym boskim, poniekąd, napoju. Zastanawiamy się wtedy, jak w ogóle można to pić. Konfrontacja marzeń z rzeczywistością jest zdecydowanie niekorzystna. Pytanie brzmi, czy tylko w przypadku piwa?

