Każdy z nas ma chyba czasami taki dzień, że wydaje mu się, iż jest zupełnie, totalnie, maksymalnie i bezgranicznie sam. Dzisiaj jest mój dzień.
Czasami jest tak, że wszystko idzie jak po maśle. W życiu się układa, w pracy się układa, na studiach się układa, wszędzie się układa. Ale podświadomie, w niewyobrażalnym nawet zakątku umysłu, wiem, że wcale nie jest dobrze, że czegoś mi nieustannie brakuje. I to jest chyba to ciche wołanie samotnej istoty ludzkiej. Brakuje mi jakoś, w niewypowiedziany sposób, drugiego człowieka. Tylko dlaczego? Wszystko mam. Wszystko mam, a jednak ciągle mi czegoś brakuje. Tak jakbym, pomimo świetnie skrojonego garnituru, czuł się w nim niewygodnie.
Czasami jest też tak, że pomimo posiadania przyjaciela, wiem, że on nie zrozumie tego, co chcę mu powiedzieć. Wiem, że nie zrozumie i tyle. Czuję, że uzna mnie za marudę, za “problematyka”, za nadwrażliwca i ekscentryka w jednym. I tu pojawia się ten ból i strach – komu powiedzieć, jak nie jemu – temu przyjacielowi, który przecież wszystko i zawsze i bez względu i w ogóle? Ale skoro przyjaciel nie zrozumie, to kto?
Bycie nadwrażliwym ma swoje wady i zalety – wadą jest to, że nawet najbliższa osoba dociera w końcu do kresu wytrzymałości i pęka. Po prostu nie daje sobie rady z problemami, które dla mnie są oczywiste, a ona ich nie widzi. I nie jest to, rzecz jasna, jej wina, broń Boże. Zaletą jest to, że czasami mam (dumne, bo dumne i na wyrost) uczucie, że naprawdę jestem inny niż wszyscy. Nie muszę silić się na oryginalność (pomimo problemów z asocjacją), nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem (pomimo, że przez 99% czasu bardzo bym chciał być kimś innym). Ja po prostu WIEM, że jestem nienormalny. Pytanie tylko, czy normalni potrafią z nienormalnymi żyć w symbiozie?
Nie wiem.

