No, przyznać trzeba, że zaniedbałem swój kącik. Mam nadzieję, że się to nie powtórzy.
Nic wielkiego jednak się nie wydarzyło. Jedynie marazm i szarość dnia. Szarość i kruchość, bo to się zdarza rzadko, by dzień tak łatwo z nocą przegrywał. A przegrywa coraz częściej i szybciej. Nie żebym miał do niego pretensje. Skąd marazm? Z niemocy chyba. To znaczy, wiem, że mam wiele do zrobienia, ale nie robie, bo nie mogę, bo nie umiem, bo nie chcę, bo… No właśnie tak wygląda u mnie marazm. Całkowita nijakość barw, nijakość zdań i słów. Jedyne słowa barwne, jakie się u mnie pojawiają, kieruję do jednego tylko elementu tego świata, na którym mi zależy. Reszta jest milczeniem.
Za bardzo niedługo, mam nadzieję, że się zmuszę, wezmę udział w kolejnych Warsztatach Fahrenheita. Oczywiście, efektów tej walki z wiatrakami nieomieszkam umieścić tutaj, pro publico bono. Również za niedługo, spróbuję się zmierzyć z poezję Sławomira Matusza i napisać co nieco na temat jego ostatniego tomiku “Cycek Boży”. Bardzo zacna literatura, nie wiem czy podołam. Się zobaczy.
Ach! Co do poezji, to przecież nie można zapomnieć o Miłoszu. Bo o Miłoszu właśnie traktować będzie mój licencjat. Tak, tak, nadszedł ten poważny czas pisania Pracy – przez duże P. Będzie zabawa. Tomik “To” miałem już okazję wziać na warsztat przy pracy nad wierszem “Daemones”, tak więc, ląduję na stare śmieci, tyle że wysypisko dużo większe.

