Żyjemy (czyżby?) w cywilizacji końca. Jesteśmy, jednym słowem, dupą świata. My, ludzie. Nie, nie Polacy, nie Niemcy, Ruski, Czesi, Amerykańce czy Etiopczycy. My, czyli ludzie. Raz po raz strzela się do prezydenta (nawet tego mniejszego), raz po raz ktoś knuje coś na korzyść kogoś, raz po raz ktoś ginie, bo ktoś inny miał plan.
Największym naszym problemem jest zaufanie. Ba! Powiedzieć można, że to zaufanie właśnie (a raczej jego brak) sprowadziło nas do parteru, do przerembli bytu. Skończymy zabijając się nawzajem, skacząc sobie do gardeł, albo lepiej – rozłądowując na sobie ładunki atomowe. Przynajmniej nikt się nikim nie pobrudzi.
Zastanawiam się czasami, gdzie te czasy, kiedy człowiek człowiekowi człowiekiem. Zaraz… a były takie czasy? No, tak, były. W okresie, kiedy po ziemi walały się bandy “wilków”, kiedy czerwonka zapanowała na znacznej części globu, tam właśnie, wtedy dokładnie, człowiek (nie każdy, zaznaczam, nie każdy!) potrafił docenić istotę bytu, nie tylko siebie, ale drugą osobę. Dzisiaj, kiedy wszystko już załatwione, wszystko już jasne, nadchodzi globalna wioska, w której będziemy tylko nosicielami wartości wpojonej nam przez massmedia i wiarołomnych polityków. Brzmi jak przepowiednia? Modlę się, abym nie był prorokiem.
Boimy się. Cholernie się boimy. Latać. Pławić się w obecności. Bo przecież obecność właśnie uświadamia nam nasze człowieczeństwo. Jestem tym tylko, co odbija się w oczach drugiego człowieka – tak mawiać zwykł Gombrowicz. I miał rację. Dlaczego więc strach – strach przed lataniem? Bo przecież cóż by się to stało, gdyby tak, nie daj Boże, ktoś nie okazał się godny naszego zaintertesowania! Boziu, Boziu, no co by się to stało, gdyby ktoś nasze zaufanie zawiódł!
Nic by się nie stało. Wstajesz, strzepujesz kurz z marynary, zapalasz fajkę i idziesz dalej, bo takie, do ciężkiej cholery, jest życie. Latać każdy może.

