Naprawdę próbuję zrozumieć ludzi, którzy narzekają na pesymistów. Jak można mieć komuś za złe, że po prostu jest bliżej życiowej prawdy? A prawda życiowa brzmi: life’s a bitch. I nic tego nie zmieni.
To, że wierzymy w odkupienie, w życie po życiu, jest tylko kolejnym dowodem na to, że to życie tutaj nie jest różowe, a nawet być może nie powinno być. Niemniej jednak, zastanawiając się nad sytuacją geopolityczną mojego osobistego pesymizmu, lub jak ja lubię go określać – realizmu, nie mogę nie zadać sobie pytania: dlaczego pesymizm przeszkadza optymistom?
Jednym z głównych, moim zdaniem, powodów, jest zwykła ludzka chęć – czy też raczej życzenie – wszystkiego co najlepsze. “Jakim cudem coś może się nie udać? Przecież to musi się udać, ja muszę być szczęśliwy”. W tym tkwi problem optymistów względem pesymizmu – pesymista jest zawsze gotów do upadku, kiedy optymista nawet go nie przewiduje.
Czy to, że liczymy się z tym, co najgorsze, oznacza, że to co najlepsze do nas nie przychodzi? Bulszit, oczywiście, że przychodzi. Tym większa wtedy przyjemność i niespodzianka. Bo rozwiać należy jeszcze jeden dziwny, używany przez optymistów argument – pesymista jest smutny i stetryczały. Kolejny bulszit. Nie możemy mylić pesymizmu (realizmu, jeśli miałby mnie ktoś pytać o zdanie) z zakrojoną na szeroką skalę i psująca naszą kulturę od środka ideologię ‘emo’. Dekadencja, pesymizm i realistyczne spojrzenie na świat, jako miejsce nie tylko sukcesów, ale i upadków, nie równa się zapłakanej twarzy, napuchłym oczom i podciętym żyłom.
Dzięki pesymizmowi nie spotka cię zawód. Dzięki pesymizmowi trudno jest zostać zranionym. Dzięki pesymizmowi świat nabiera swoistego dystansu, rzeczy nierelewantne przestają mieć wpływ na nasze życie. Ale czy to powód, by rozpocząć światową kampanię na rzecz pesymizmu, jako swoistego lekarstwa dla przerośniętych ambicji i chorych dążeń tego świata? Nie. Bo co za dużo, to niezdrowo. Stąd też mój osobisty odwyk, a raczej krucjata na rzecz odnalezienia wewnętrznego środka. Jest cienka linia pomiędzy miłością a nienawiścią. Najważniejszym zadaniem człowieka w czasach, jakie nastały – czyli okresie, w którym homo homini lupus, mundo homini lupus, homo dei lupus (nawet nie wiem, czy używam dobrych form w tej śmiesznej, łacińskiej wyliczance) etc., jest odnaleźć tę cienką linię. Ona tylko uchroni nas przed kompletnym szaleństwem. Stojąc na linii dzielącej miłość i nienawiść, optymizm i pesymizm, życie i śmierć będziemy w stanie spojrzeć na życie, na siebie, na przyszłość i przeszłość z neutralnego punktu. Tak więc odwyk ten, dumnie nazwany w tytule, jest raczej próbą dojścia do stanu spoczynku umysłu, do punktu zerowego moich chorych ambicji oraz zawyżonych oczekiwań.
Enjoy the ride.
No, there is not a thin line between love and hate. There is, in fact, a Great Wall of China with armed sentries posted every twenty feet between love and hate.