Job interview went wrong (alright?)

KrawatKilka dni temu miałem bardzo pouczającą, jak się później okazało, rozmowę kwalifikacyjną. Firma X szukała ‘doradcy klienta’. Pomyślałem sobie, jest dobrze – ta praca nie kojarzy mi się zbytnio negatywnie, doświadczenie jakieś tam w tej materii mam, więc wystartowałem. Zaproszono mnie na rozmowę i tutaj zaczęły się klocki.

Nie starczyło mi za zły omen to, że biuro X było na kompletnym wypizdowie Katowic; że mieściło się ono w ostatnim pokoju, ostatniego piętra budynku, który trudniej byłoby znaleźć niż zburzyć chyba. Nie, to wszystko są elementy tak zwanego poświęcenia dla sprawy. Jestem w stanie dojechać gdziekolwiek, jeśli praca przyniesie mi satysfakcję (i jeny oczywiście też). Do pokoju zaprosiła mnie kobieta, która była może dwa-trzy lata ode mnie starsza. Oczywiście nałożyła sobie gębę Pani Przesłuchująca Kmiota Szukającego Pracy (w skrócie PPKSP), ja natomiast nałożyłem sobie gębę Kmiot Szukający Pracy (KSP, oczywista oczywistość), bo myślałem, że gramy w grę – “jestem robakiem przychodzącym do Was, byście mnie łaską pracy uraczyli i uradowali po wsze czasy”. Ale ja nie jestem dobry w tę grę. Usiedliśmy za stołem, najpierw nastąpiła minuta ciszy nad moim CV, okraszona kpiąco-ironicznym uśmiechem. I zaczęła się rozmowa.

PPKSP: Panie rubens, dlaczego my?
(Dlaczego już wcześniej ten dziwny uśmieszek nie zdał mi się niestosowny? Dlaczego od razu nie wyszedłem?)
KSP: Cóż, zainteresowało mnie państwa ogłoszenie, uznałem, że poszukujecie właśnie takiej osoby jak ja. Zależy mi także na nienormowanym czasie pracy, który pozwoli mi kontynuować studia, jednocześnie zarabiając (w domyśle: jeny, a nie doświadczenie w pracy z klientem oczywiście.).
PPKSP: Dlaczego miałabym od pana cokolwiek kupić?
(Hm, fakt faktem zajęcie doradcy klienta wiąże się zapewne ze swego rodzaju handlem, aktywną sprzedażą usług etc., ale chyba nie będę się wygłupiał i wcielał się w akwizytora, prawda? Rubens, prawda, że nie będziesz?… Będziesz.)
KSP: Jestem przebojowy i elokwentny, mam doświadczenie w sprzedaży usług i towarów, potrafię nawiązać kontakt z klientem – podstawą sprzedaży według mnie jest relacja łącząca klienta i usługodawcę, gdyż…. BLA, BLA, BLA.
PPKSP: Nie ukrywam, iż stanowisko, na które pan aplikuje wiąże się ze sprzedażą. To jest stricte praca w sprzedaży.
(Myślę sobie, kurwa mać, podeszli mnie. Jednak akwizycja. Dotarło do mnie, ale jak teraz wybrnąć z tej cholernej sytuacji. Po prostu wyjść? Nie chce chodzić po domach i sprzedawać ludziom kredyty albo biblie gedeonickie. A PPKSP siedzi jak posąg ze spiżu, głowa do góry, duma i chluba. Spogląda na mnie pogardliwie, a mówi, jakby prezentowała mi deal tego stulecia, pracę, która zajmie mnie do końca mojego, marnego przecież w jej oczach, życia.)
KSP: Rozumiem, jestem zdecydowanie gotowy na wyzwania.
PPKSP: Panie rubens, mogłabym zaryzykować. Mogłabym przejść z panem od razu do drugiego etapu rekrutacji. Pójść w ciemno, postawić na pana, dać panu szansę. Mogłabym. Hm… ale pan mnie jeszcze jakoś nie przekonał, że pan jest tego wart. Proszę mnie przekonać.
(Zabierzcie mnie stąd! Jak ja nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę ludzi, którzy – sami będąc tylko pomniejszym elementem kapitalistycznego łańcucha pokarmowego – zachowują się, jakby znajdowali się na jego końcu, jakby byli śmietanką – co ja mówię! – wisienką na śmietance! Rozrywa mnie w środku, czuję w sobie małego, śmiejącego się Gombrowicza, który równie dobrze jak ja wie, że muszę tu siedzieć i odgrywać tę grę pozorów i zainteresowania tylko dlatego, że jestem zbyt uprzejmy, by wstać i wyjść. Boże! Zaczynam się już powoli łamać.)
KSP: Wydaje mi się, że moje CV zawiera wystarczająco dużo powodów, by mnie zatrudnić. Moje doświadczenie oraz kwalifikacje są wystarczające, by w pełni wywiązywać się z obowiązków doradcy klienta.
PPKSP: I aktywnej sprzedaży.
KSP: … Tak.
(Zaciśnięte zęby. Czy to już widać? Czy ona już zauważyła, że nie trafiła z przynętą do dobrego stawu i nic nie złowi? Że nie znajdzie we mnie “doradcy klienta do aktywnej sprzedaży”?)

PPKSP: Dobrze, panie rubens, przejdźmy do drugiego etapu. Kwestie finansowe i pana obowiązki. Miałabym dla pana dwie opcje pracy w naszej firmie. Pierwsza opcja – praca na stacji benzynowej YZ, na stoisku wydawania kart premium. Polega ona praktycznie na namawianiu klientów do wzięcia udziału w programie premium. Druga opcja – sprzedaż kart kredytowych banku ZŻŹ jako niezależny doradca klienta. Która opcja bardziej panu odpowiada.
(“Matko Bosko Kochano”. Doradca klienta?! W jakich ramach mieści się to pojęcie? Doradzam panu zakup karty kredytowej, psze pana. Aha, i doradzam dokonanie tego zakupu u mnie, psze pana. Zapraszam. — Aaaale nic to, gramy dalej.)
KSP: Z tych dwu wariantów interesuje mnie raczej ten drugi.
PPKSP: Dobrze, pana zadaniem byłoby rozprowadzanie na własną rękę kart kredytowych. W oparciu o własną bazę danych, o własne kontakty. Jestem w stanie panu zaoferować 1/16 etatu, jako że zależy panu na kontynuacji studiów i jednoczesnej pracy. (Na to nawet przytaknąłem, ktoś w końcu rozumie studenta.) W tym zakresie godzin mieści się pana wynagrodzenie bazowe – 85 złotych polskich, plus oczywiście premia za aktywną kartę kredytową. Rozumiem, że jest pan zainteresowany, tyle mogę panu zaoferować. Czy chce pan sprzedawać nasze karty kredytowe?
(Pyta z przekonaniem dobrze wykonanej rekrutacji. Wyraźnie się podkręca. Czy ona naprawdę uwierzyła, że jestem gotów zostać dla nich akwizytorem? Naprawdę uważa, że to mój życiowy cel? Kobieta chce mi przedstawić ów mistyczny drugi etap kwalifikacji, jakby robiła mi największą przysługę w życiu, jakby zupełnie nie zasłużył na to, co ona ma zamiar dla mnie zrobić. PPKSP! Moja wybawicielko, wieżo z kości słoniowej i futer fretek! Wyrocznio w Delfach, sumeryjska bogini mądrości i łask wszelakich. Módl się za siebie. Nie wytrzymałem. Zdjąłem maskę.)
ruben: Wie pani co, nie jestem. To zdecydowanie nie jest to, co chciałbym robić.
PPKSP: Ale, jak to, dlaczego? Aż tak bardzo się nie zrozumieliśmy?
(Jest w szoku, opada lekko maska PPKSP i widzę babkę, która pracuje w takiej a nie innej branży, zajmuje się outsourcingiem. Nie jestem już na nią zły, to w końcu jej praca. Jestem zły na ten śmieszny system, który “wychowuje” ludzi na żebraków. Nie żebrzemy już jednak o jeny, dolary czy inne ojro. Żebrzemy o pracę. Przychodzimy, jak przed tron królewski przychodził Maciej z Zadupia, gacie wpijają się nam w pośladki, w ręku zmierzwione teczki z dokumentami, referencjami etc. Bogu ducha winna ta osoba, która nas przesłuchuje. Tak została zaprogramowana. — Zakładam więc na powrót maskę KSP, żeby nie załamać kobiety. Tłumaczę, że nie w tym, rzecz, że praca zła. Że raczej w tym, iż ja nie mogę nie mieć nad sobą kontroli, jakichś wyraźnych ram, że wtedy lepiej pracuję itp, itd. Nie mogę zrujnować jej poglądu na pracę. Nie mogę jej powiedzieć, że polecenie swoim ludziom wciskania innym ludziom kart kredytowych powinno być karane przeciągnięciem końmi po ulicach miasta. Tych niewyremontowanych.)

Wyszedłem, pełen radości i wiary. Naprawdę poczułem się dowartościowany faktem, iż potrafiłem ocenić moją wartość, nie dałem wciągnąć się w zabawę “ja jestem wyżej od ciebie, więc musisz się słuchać i potakiwać”. Bardzo chciałem w to grać bez refleksji, jednak jak widać nie było mi to pisane. Rozmowa ta odbyła się naprawdę, oczywiście była dłuższa i bardziej skomplikowana, jednak to co wyciągnąłem z niej i tutaj opisałem jest jak najbardziej autentyczne i zostało wypowiedziane – mniej więcej – w takiej właśnie formie.

Takie rozmowy nie powinny mieć miejsca. To ja jestem usługodawcą, który oferuje swoje usługi w zamian za jeny jakieś firmy, korporacji, kogokolwiek. Praca nie jest łaską ani ochłapem dla maluczkich. Stosunek pracodawcy do pracownika jest ściśle stosunkiem usługobiorcy z usługodawcą. Problem tego kapitalistycznego świata jest taki, że tylko pracodawcę postrzega się jako kogoś wartościowego, pracownik jest przeważnie żebrakiem, który przyszedł się ubiegać o prawo do robienia czegoś, czego w gruncie rzeczy nikt nie potrzebuje i łaską dla pracownika jest to, że może to robić. Wychodząc na korytarz, schodząc schodami na sam dół i wracając do samochodu, miałem tylko jedną myśl w głowie. “Każdy z nas jest wart o wiele więcej niż to”. I pierwszy raz mój pesymizm nie zabił tej myśli w zarodku.

Informacje o rubens

Proud to be myself
Ten wpis został opublikowany w kategorii Varia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s